- No jebłaś kogoś! To chyba facet. Sama zobacz. - Sol ledwo mogła wstać z szoku. Kiedy zobaczyła jak ranny wije się z bólu poczuła natychmiastową potrzebę pomocy jednak nie była wstanie się ruszyć. Strach opanował całe jej ciało. "A co jeśli wyrzucą mnie z obozu?" myślała. Jednak nie była tchórzem. Ruszyła w strone rannego, kiedy zorientowała się, że jej partner za nią nie idzie zawołała.
- Co tak stoisz? Sama sobie nie poradzę! - chłopak podbiegł do niej i razem, szybkim krokiem zaczeli iść do poszkodowanego, który okazał się poszkodowaną.
- Co my teraz zrobimy?!
- Co TY zrobisz, ja jej nie strzeliłem! - powiedział wyraźnie akcentując słowo 'ty'.
- Ale razem tu byliśmy gnido. - Sol miała szczerą ochotę mu przywalić.
- To i tak twoja wina. - Lou nie dawał za wygrną.
- Dobrze skończyłeś już? Mam cię dosyć. - I stali by tak kłócąc się do upadłego gdyby nie istota, która leżała pod ich stopami nie odezwała się płaczliwym głosem.
- Moglibyście przestać się kłócić i mi pomóc?! - obydwoje spojrzeli na nią. Krew sączyła jej się z rany. Dostała w udo. Swoją drogą w jakiej ona była pozycji, że dostała akurat w to miejsce?
- Może pójde po pomoc?
- Nie, to będzie za długo trwało. Zaniosę ją. - Jak powiedział tak zrobił. Wziął ją na ręce a Młoda prowadziła. Nie było trudno ją nieść. Zdaniem dziewczyny wyglądała jak anorektyczka, ponieważ sama miała swoje kształty.
Do obozu doszli o szóstej. Na nogach byli wszyscy oprócz Zayna i Perrie, zawsze spali najdłużej ale nikt nie miał im tego za złe z uwagi na to ile pracowali w dzień. Margaret była wściekła jak nigdy. Nie chciała przyjmować nowych, dlatego że już teraz brakowało jedzenia pomimo, że było ich tak mało. Czasami wydawała się być straszna jednak naprawdę była bardzo kochającą osobą, która bała się o życie swoich podopiecznych. A co jeśli jest chora i któregoś z nich zarazi? Nigdy nic nie wiadomo.
- Ty - pokazała na Sol - Oddawaj łuk, masz kare na jakiekolwiek wychodzenie z obozu. Będziesz teraz siedziała w kuchni.
- Ale ja zrobiłam to przez przypadek. Było ciemno sama wiesz...
- Żadnych ale! Jak mogłaś nie widzieś dziewczyny z metr sześćdziesiąt wzrostu?! - Dziewczyna już nawet nie próbowała się tłumaczyć. Wiedziała, że nie wygra. Marg i Harry byli jedynymi osobami, którym Sol nie pyskowała ani nie targowała się. Czuła do nich respekt za to co dla niej zrobili. Uciekła do namiotu a zaraz za nią szli Liam i Niall aby spróbować ją pocieszyć.
- Ale uspokój się! Za dwa dni Marg się odmieni i znów będziesz mogła wychodzić. Ile razy tak było.
- Tak. Ale wtedy to były jakieś drobnostki typu bójka z Sarą (z Obozu2), a nie postrzelenie jakiejś dziuni!
- No zobaczysz, że jak wyzdrowieje to nawet nie przejdzie rekrutacji i znów będzie tak jak dawniej. - Tylko to mogło pocieszyć Sol. Jednak niczego nie mogła być pewna. Chodziła od ściany do ściany. Próbowała coś wymyślić jednak nic nie przychodziło jej do głowy. - Przecież ja nawet nie umiem gotować!
Minęła godzina nim Margaret zebrała wszystkich przy wypalonym ognisku w środku obozu.
- Zostanie tu przez jakiś czas nim nie wyzdrowieje. Może nawet dłużej.
Siemka! :)
Wiem że rozdział nie jest najlepszy ale myślę że dobrze się go czyta. Jeśli chcecie być informowani napiszcie swój login z tt w komentarzu. Choć wątpie czy ktokolwiek to czyta. Narazie blog wygląda baaaardzo skromnie ale mam nadzieję że to się w najbliższym czasie zmieni.
CZYTASZ = KOMENTUJESZ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz